X


[ Pobierz całość w formacie PDF ]

�owa� przez te podmokłe pustkowia, a podskoki Diany okazały si� uci��-
liwe i sprawiały ból. Jechali w milczeniu. Szybko poj�ła, �e nawet jazda
na Dianie jest czymS du�o lepszym od nieznoSnych wstrz�sów, jakich
doznałaby w powozie. Była wdzieczna St. Bride owi, cho� pocz�tkowo
s�dziła, i� zmuszenie jej do konnej jazdy było z jego strony czyst� złoSli-
woSci�. Teraz musiała przyzna�, i� wybór Srodka lokomocji, był najroz-
s�dniejszym wyborem, jakiego mógł dokona�.
Przybyli do ober�y, kiedy ostatnie promienie sło�ca gasły ju� nad
moczarami. Gdy Kayleigh chciała zsi�S� z Diany, j�kn�ła cicho. Odk�d
opuSciła Mhor, nie zdarzyło si� jej odby� tak m�cz�cej jazdy. Cała była
obolała i zesztywniała. ZejScie z siodła zaj�ło jej, mimo pomocy St. Bri-
de a, sporo czasu. Potem poszła za nim do małego budyneczku o spło-
wiałym oszalowaniu Scian. Czuła si� tak rozbita i zm�czona, �e oboj�t-
nie przyj�ła brak wygód w ober�y.
 Rackrent, hej Rackrent!  zawołał St. Bride, gdy weszli do głów-
nej izby. Nie było tam zbyt wielu ludzi, tylko jedna rodzina i trzech czy
czterech bardzo podobnych do siebie młodzie�ców, niew�tpliwie braci.
195
Nie zd��yła przyjrze� si� dokładniej otoczeniu, gdy� zza przepierzenia
wyszedł nagle grubawy, wesoły m�czyzna, pokazuj�c w szerokim uSmie-
chu wszystkie z�by.
 Ach, kogó� ja widz�! Szlachetny St. Bride! Jak�e mi ci� było brak
w Georgii!  Rackrent uScisn�ł mu r�k�, potrz�saj�c ni� energicznie.
Potem spostrzegł Kayleigh.
 To jest Kayleigh.  Mogłaby przysi�c, �e w k�cikach jego ust do-
strzegła pewn� czułoS�, lecz w ko�cu doszła do wniosku, i� uległa wy-
wołanemu m�cz�c� podró�� złudzeniu. Gdy bowiem odwrócił si�, by
przedstawi� jej ober�yst�, rzekł z jawnym sarkazmem:  Kayleigh, a to
William Rackrent, najwi�kszy chciwiec po tej stronie Savannah.
 Ach, krzywdzisz mnie, synu, w dodatku nim jeszcze zdołałem
wydusi� z goSci zapłat� za nocleg!  Rackrent wzniósł oczy do góry,
wida� jednak było, �e �artuje.
St. Bride rozeSmiał si� i zaprowadził Kayleigh ku topornej, cho�
solidnej ławie. Usiadła na niej, robi�c to bardzo powoli. St. Bride zaj�ł
miejsce tu� obok. Ich uda otarły si� o siebie, co podziałało na ni� nie-
zwykle uspokajaj�co.
Wszystkim m�czyznom nalano piwa, a Kayleigh podano fili�ank�
mocnej herbaty. Pij�c j� powoli, przygl�dała si� pozostałym goSciom.
Wkrótce jej spojrzenie spocz�ło na niedu�ej rodzinie po drugiej stronie
wspartego na kozłach stołu. M�czyzna przeliczał pieni�dze, �ona i dwie
małe córeczki siedziały w milczeniu.
Rackrent postawił przed ni� talerz fasoli z ry�em.
 Nazywaj� si� Storrowton. WłaSnie opuScili swoj� farm�. Przeno-
sz� si�, jak słyszałem, na północ  rzekł cicho ober�ysta, jakby czytaj�c
w jej mySlach.
 A wi�c maj� troch� rozumu w głowie  orzekł St. Bride, którego
uwag� równie� przyci�gn�li Storrowtonowie.
 Czemu pan tak s�dzi?
 Powinni pow�drowa� do Pine Barrens.
 Ale� ci dwaj ludzie na moczarach...
Przerwał jej:
 Ich przodkowie przybyli tu niegdyS tak samo, jak ta rodzina. Po-
cz�tkowo zamierzali zosta� farmerami, ale doszli zapewne do wniosku,
�e im si� nie uda, bo nie mieli pieni�dzy na kupno niewolników, a nie-
liczni biali, jakich mogliby wynaj��, okazali si� zbyt dumni, �eby ima�
si� takiej roboty. Rozumiesz, oni uwa�ali, �e to niewolnicza harówka.
 Przecie� sami mogli uprawia� pola, jak ka�dy dobry rolnik  od-
parła, pami�taj�c ci�ki trud wiejskich rodzin szkockich w Mhor.
196
 Pinelanderzy od dawna ju� poniechali farmerstwa, wol�c grabi�
i kraS�, ni� uprawia� ziemi� jak Murzyni.
 A przecie� w Belle Chasse widziałam, jak pan razem z Labanem
dogl�dał pracy niewolników na polach. Czemu nie jest pan taki jak
inni?  rzekła, zmieniaj�c pozycj� na ławie, �eby ul�y� obolałemu sie-
dzeniu.
 Dlatego, �e niektórzy ludzie s� inni, ni� si� wydaje.
Mogła jedynie westchn�� z cicha:
 Racja, zupełna racja.
 B�dziecie spa� z �on� na pi�trze?  przerwał im jowialnie Rackrent,
podchodz�c do stołu.
 Owszem, tylko �e Kayleigh, niestety, nie jest moj� �on�  sprosto-
wał St. Bride.
 Nie jest �on�?  Rackrent wydawał si� szczerze zdumiony.  Nie-
wiarygodne! Doszły moich uszu plotki z Savannah o twoich podbojach
i o tym, �e rozzłoSciłeS kilka pa�. Słyszałem te�, �e nie masz stałej ko-
chanki, taki z ciebie osobliwy człowiek. Miałem wi�c prawo s�dzi�, �e
to twoja �ona!  Nagle zdał sobie spraw�, co powiedział. Urwał i spoj-
rzał przepraszaj�co na Kayleigh.
 Och, prosz� o wybaczenie!  Rozejrzał si� po swej prymitywnej
ober�y i zako�czył potulnie:  Ano, jak si� �yje w takiej głuszy tyle lat,
to człowiek zapomina o dobrych manierach...
 Przyjmuj� przeprosiny  rzekła spokojnie Kayleigh, lecz czuła, �e
jej twarz oblewa ciemny rumieniec. Mimo za�enowania przypuszczała
jednak, �e cz�Sciowo spowodowało go zdumienie. Osobliwy człowiek?
St. Bride? Nie mogła uwierzy�. Pami�tała przecie�, na jak swobodne
zachowanie pozwalał sobie nieraz wobec niej. Przypomniała sobie tam-
t� noc w Belle Chasse, kiedy to, najwyraxniej pod wpływem brandy,
pocałował j�, a potem uniósł jej sukni� i...
Głos Rackrenta przerwał te rozmySlania. Ober�ysta potrz�sał gło-
w�, mówi�c z zakłopotaniem:
 No tak, ale ja, St. Bride, mam swoje zasady... Chocia� twoja pozy-
cja i wszystko inne...  W jego głosie mo�na było wyczu� niepewnoS�.
 Przecie� mog� pójS� spa� z pani� Storrowton i jej córeczkami. 
Kayleigh ogarn�ł nagle nerwowy niepokój. Podczas całej podró�y
St. Bride post�pował wobec niej jak d�entelmen. Czy�by właSnie tu, w tej
zagubionej na pustkowiu ober�y, miał przekroczy� pewne granice?
 Zostaniesz ze mn� na pi�trze  postanowił. Cho� twarz miał spo-
kojn�, jego oczy nakazywały bezwzgl�dne posłusze�stwo.
 Ale� pan Rackrent ma zasady...
197 [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • wrobelek.opx.pl
  •